RSS
środa, 10 kwietnia 2013


Jeśli ktoś nie może znieść bluzg, to wypraszam. Niżej jest brzydko. Niżej jest niekulturalnie. Trudno, inaczej się uduszę. Nie przeklinam, bo dziecko i bo ogólnie nie wypada. Dziś to Pierdolę.
Tak, żeby potupać nóżką: muzyczka

Dziś wybuchłam. Wypowiadam wojnę teściom. Walę focha. Będę niemiła. Cokolwiek. Mam dość.


Młoda była u nich 2 godziny i wróciła o 19 w postaci demona. Z paczką czekoladek pod pachą.


1) że demon? Podczas kąpieli odstawiła istną szopkę! Krzyczała, darła się, rzucała, nie kazała się dotknąć, umyć, zagadać, uciekała od wody, ryczała, łykała babole, ryczała dalej, rzucała się na zasłonę prysznica. SZOK! Z zegarkiem na ręku 15 minut prosiłam, błagałam, przekonywałam, że się wykąpiemy i już. Kolejne 5 minut wersja stanowcza. Kolejne 5 wersja bardzo rozzłoszczona. Młoda trzęsła się z zimna, ale umyć się nie pozwalała. Ręka mi na nią drgnęła, umyłam ją wbrew jej woli, wyszła, a ja po prostu się rozbeczałam z bezradności.
Później ojciec dostał w kość podczas ubierania. Wspaniale. Próbowałam wytłumaczyć to jej zmęczeniem, ALE ona NIGDY tak nie zrobiła, nawet jak słaniała się na nogach. NIGDY nie była aż tak rozkapryszona, wstrętna i złośliwa. Co to kurwa za zachowanie pytam? Skąd?!


2) że czekoladki? Temat żarcia już mnie wkurwia. Dzieć chudy. Nie je za wiele. Trzeba kombinować, aby przyswoiła zdrowy posiłek. Ileż można gadać, że słodycze się daje PO posiłku, a nie przed i zamiast. Inaczej dziecko nie je. Zapcha się i już. To wraca młoda z paką czekoladek o godzinie 19. Przed kolacją. I co się dziecku dziwić, że na kolację woła słodycze. Bo widziała, bo dostała. Kurwa, czysta złośliwość. I to ja - MATKA - będę się użerać, tłumaczyć, że najpierw nudny chleb z szynką, parówka, naleśnik. Ja będę ta zła, która zabroniła czekolady na kolację. Ileż można słuchać ich pierdolenia, że znów nie zjadła obiadu pod ich opieką, bo wygrzebała w barku paczkę wafli i cukierki. I się tego nawpieprzała i dziwią jak szpaki w 50 groszy, że rzuciła mięso psu. Ojej jakie niegrzeczne dziecko. Ileż można prosić i tłumaczyć, że nie można kupować tyle słodyczy, nie pokazywać, nie ukrywać ich w barku, bo młoda głupia nie jest, zna tą skrytkę od dawna. Nie mam zamiaru słuchać tłumaczeń, że teściowa musiała dać jej czekoladki, bo młoda nie chciała od nich wyjechać. Szczują ją nowymi gratami, zachowaniami głupimi i niedozwolonymi przez rodziców (jak kąpiel w ubraniu dla zabawy, jedzenie w łazience, babranie rękoma w rosole), a potem jest problem przy wyjeździe. Dziecko może u nich robić coś zakazanego, aby to oni byli lepsi. A rodzice źli, bo zabraniają. Ryczałam jak głupia. Jak można być tak parszywym i tak robić pod górkę rodzicom. Później dziecia prostujemy ze łzami w oczach. 3 dni. I serce nam mięknie, córa jedzie i od nowa.

Nawet mój facet mnie popiera. Czyli naprawdę jest źle. Przeginają. Dorośli ludzie. Idzie zwariować. Nabawię się nerwicy, jeśli się nie postawię. Pierdolę to. Niech się obrażą. Niech w końcu zrozumieją, że to nasze dziecko i będziemy wychowywać je po swojemu. Mają to akceptować i się stosować.

Noż w dupę jego mać troszkę mi lżej.

Tagi: dziecko
21:49, mjwb
Link Komentarze (4) »

Postanowiłam stworzyć listę 'ulubionych', które co jakiś czas słyszy mój dzieć:

- Zjedz, bo inaczej będzie padał deszczyk! Hmm... Ciekawe co obiad ma do warunków meteorologicznych...

- Zjedz, bo inaczej K. (dużo młodszy kuzyn) Ci zje! Hmm... Nie rozumiem po co wrogo nastawiać dziecko do niewinnego kuzyna...

- Zjedz, bo Ci już nigdy nie dam (cokolwiek). Istne przekupstwo. Miałam w rodzinie przypadek, w którym rodzice płacili dziecku za zjedzenie obiadu. ehhh

- Nie idź tam sama, bo Pan Cię porwie! To chyba taki standard. Baby i dziady zawsze były w modzie. Tylko dlaczego później się dziwić, że dziecko chowa się za opiekuna i nie pokazuje przed nowymi znajomymi sztuczek. Po co hamować chęć odkrywania, tylko dlatego, że nie chce się opiekunowi ruszyć leniwej dupy za ciekawskim dzieckiem?

- I najlepsze - Nie rób tak\nie wariuj, bo Cię zamknę w kojcu dla psa! Tu ręce mi opadają...

Powyższe straszaki są najciekawsze i najbardziej utkwiły mi w pamięci. Ciekawa jestem o ilu nie wiem.

 

Zwracam uwagę, rozmawiam, tłumaczę, warczę, nawołuję do porządku. W kółko.

Brak argumentu - to chyba najczęstszy powód straszenia dzieci. Ludziom się nie chce tłumaczyć. Nie rozumiem jaki jest sens w straszeniu dziecka. Toleruję jedynie informowanie o konsekwencjach np. "nie wchodź na meble, bo spadniesz". Możliwa kolej rzeczy. Ostrzeżenie o zagrożeniu. Ale po co prababcia okłamuje dziecko, że gdy nie zje, to będzie trzeba budować Arkę Noego i cały świat będzie cierpiał przez jednego wyrzuconego ziemniaka? A jak spadnie deszcz i dziecko będzie czuło się temu winne? Dlaczego teść chce więzić dziecko w kojcu tylko dlatego, że nie ma pomysłu jak je kreatywnie zająć? Latem wpadnie jej tam piłka i zabawa się skończy, bo mała nie odważy się po nią sięgnąć.

 

A jakie są Twoje strachy z dzieciństwa?

Tagi: dziecko
19:00, mjwb
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 kwietnia 2013

Młoda za 2 tygodnie kończy 3 lata.

Będą urodziny.

Szykuje się ‘przyjęcie’ w domu, goście, tort. I prezenty.

Męczą mnie. Ba. Teściowa mnie męczy „co kupić małej na urodziny?”. Za pierwszym razem odpowiedziałam, że nie wiem. Że my kupujemy rower. Po 2 dniach głuchym telefonem od faceta dowiedziałam się, że teście proponują, że oni kupią rower, a my może kask. Zapiekliłam się po raz pierwszy. Co to kurwa za licytacja. Poczułam się źle. Ja rozumiem, że chcą być ważni, ale żeby brać pomysł rodzica, aby być lepszym w oczach dziecka?  Wyjaśniłam im, że nie. Że rodzice kupią rower i już. Chcieli się przebić jeszcze z pomysłem, że ładny widzieli w Tesco, taki różowy. Zagotowałam się po raz drugi. Uświadomiłam, że chcę, aby nasze dziecko miało rower biegowy. Kolejnego dnia miałam telefon, że rower na silnik jest niebezpieczny. !!! Teść stwierdził, że ‘biegowy’ to znaczy na biegi – taki z silnikiem. AAAA!!! Wrzę po raz trzeci. Przez zęby oświeciłam towarzystwo co to rower biegowy, wysłuchałam rozczarowanie w głosie, ale postawiłam się okoniem i oznajmiłam, że MY kupimy rower i już. I na dodatek po urodzinach, jak na niego spokojnie nazbieramy. Kropka. 30 min przerwy w rozmowie. Dzwoni telefon. To może oni kupią trampolinę, bo taka jest  za 300-400 zł?? Coooo? Za ileeee??? A gdzie ja ją sobie ustawię? A bo ja mam czas stać godzinami przy trampolinie i pilnować czy młoda sobie nie strzaskała dziuba? Albo mam czas ją zwijać i rozkładać, żeby nie zamokła i nie zardzewiała??

Wiecie co, rzygam już tym tematem.

Jak kurwa? Jak pytam, można kupić 3 latce na urodziny prezent za 300-400 zl? To pytam się, a co dostanie za rok? na Komunię? I jeszcze później? W odpowiedzi słyszę głupie śmiechy.

No nie rozumiem. Nie siedzę im w portfelu, ale widzę, że nie mają dużo pieniędzy, mają mało. Ba, wiedzą, że mieliśmy remont, że nam sporo brakuje, to mówię, że ja mam swoją listę potrzeb do domu, jeśli mają wenę na drogie prezenty. Słyszę na to śmiechy. I wyjaśnienia, że to tylko dla wnucząt. Ale drugiej wnuczki\a, to już tak przecież nie będą tak rozpieszczać, mam się nie stresować. (?!?!?!).

Mój tępy umysł nie potrafi pojąć jak można tak szkodzić dziecku i SOBIE.  Nie raz słyszałam słowa młodej po wejściu do teściów „babciu, a co masz dla mnie? Naklejki? Zabawkę?”, bo zawsze muszą coś dla niej mieć. I po co? Po to żeby za 3 lata szła do nich tylko po kasę? Chcą się popisać przed resztą rodziny? Przed moją rodziną? Bo dowiedzieli się, że moja mama przyniesie ‘tylko’ tort, bo dopiero co odremontowała nam dom? Czy to jakieś wyścigi, licytacje, kto da więcej? Czy trzeba kupować miłość dziecka?

Przeleciało. 3 lata to szmat czasu. ALE 3 lata to małe dziecko.

I finał. Proszę ich o książkę. Albo dwie. Jak im się wylewa z portfela, to taką za 50-100 zł poproszę. Nie spotkało się to z zadowoleniem. Bo za słabe dla dziecka.

czwartek, 21 marca 2013

Tytuł się zagalopował - Matka uwielbia drzemać, odpoczywać, spać.

Ale nie ma kiedy.

Gdy pojawia się ku temu możliwość (czyli dzieć gdzieś padnie ukradkiem) Matka szybko kalkuluje ile ma czasu i co uda jej się zrobić w spokoju.

Szybko, szybko, szybko!

- Umyć podłogi (dzieć nie nadepta),

- pranie (dzieć nie umyje nim podłogi),

- projekt (spokojne 1-2h rysowania),

- sprzątanie zabawek (dzieć nie będzie protestować i choć przez godzinę nie będzie jublu w salonie)

- gotowanie, pieczenie, ogarnięcie papierów...

i to wszystko prawie na palcach ale w spokoju, bez korzystania z trzeciego oka, wiecznie zerkającego na córę.

Nawet gdy matka ma oczy na zapałki, wory pod oczami, skręt kiszek ze zmęczenia i ogólnie wygląda na zombie, tylko 1 raz na 20 możliwych, dany czas spędzi na drzemce. (ten jeden raz i tak nie wypoczywa, bo leży z wyrzutami sumienia, że nic się nie robi). Nie, nie jestem walniętą pracoholiczką. Po prostu czuję spokój, gdy sporo jest zrobione, gdy sto spraw nie wisi mi nad karkiem, gdy na pasku zadań nie mruga 50 wściekłych okienek, gdy nie muszę czegoś robić po nocach na ostatnią chwilę.

Przejdźmy do meritum. Matka nienawidzi drzemek Ojca.

Ten z kolei tylko 1 raz na 20 możliwych odmówi sobie drzemki. Czasem na siłę zastanawia się jak ululać dziecia. Nie rozumiem. W mojej głowie ciągle tyka cholerny budzik, który co 30 min wydziera się, że jest już TA godzina a lista zadań jest TAKA długa. Nie umiem go wyłączyć. Jak można sobie robić pod górkę marnując czas na drzemkę. Piję kawę i do dzieła. Ojciec nie wypije kawy, by postawić się do pionu. Uważa, że to niezdrowe. Zdrowiej się przespać.

Powiecie, że to jego czas i jego zmartwienie? Nic bardziej mylnego. Ojciec drzemie, a później ma zaległości. Jego stres świadomie bądź mniej świadomie odbija się na mnie - jest nerwowo. I kiedy on nadrabia przespany czas, córą oczywiście zajmuję się ja. Bo "ja swoje zrobiłam", to mam czas. Szkoda tylko, że nikt nie widzi, że nie zdążyłam wypocząć, a moja lista wcale nie jest cała odhaczona. Ano - frajerka.

Bonus:

Bardziej od drzemek Ojca nienawidzę go z nich budzić. ZA KAŻDYM razem słyszę "jeszcze 10 minut, jeszcze chwileczkę, weź małą, jeszcze trochę dośpię". Tak. Uwielbiam każdą sprzeczkę po jego pobudkach.

 

I tak. Rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy, by żyło się lepiej... Co nie zmienia faktu, że jego drzemki mnie wnerwiają.

 

Ostatnio zgadałam się z kumpelą. Ma podobną sytuację. Jej facet też w kółko gada o spaniu. Co jest cholera?

wtorek, 22 stycznia 2013

Temat rzeka.

Może na początek go opiszę z zewnątrz. Facet ok. 175 cm, szczupły, aktualnie zarośnięty (od jesieni do wiosny się nie goli, bo uważa, że na wiosnę wygląda na odświeżonego. Co z tego, że przez zimę wygląda jak menel),  ubrany zazwyczaj w coś „po domu” (poza okazjami jak święta). Kąpie się podobno raz w tygodniu. Pali mocne. Pije. Marudzi. Cały czas zrzędzi. W kółko. Na okrągło.

Przykłady marudzenia:

Teść – Dlaczego nie obetniecie małej włosów?

Ja – Eee bo jest dziewczynką.

T – Ale wchodzą jej do oczu włosy, ciągle musi sobie odgarniać

J – Ja ją w takich sytuacjach po prostu czeszę. A jak ją obetnę to będę latać do fryzjera co miesiąc.

T – (nie słyszał?) Ale włosy jej wchodzą do oczu.

J – Wystarczy podpiąć spinkami

T – Ale włosy ma ciągle w oczach.

Teściowa – Oj przestań się czepiać, nasza córka też miała długie włosy do czasu aż nie dostała wszy i teściowa obcięła jej włosy nożem.

Tu teść zamilkł, bo teściowa zaczęła opowiadać całą historię z wszami. Gdyby nie ona, to pewnie on ględziłby dalej. I przysięgam, że to jest softowy przykład jego mocy.

 

Do tego teść jest niereformowalny. Prosimy go, aby nie palił przy naszej córce. Nie zwraca na to uwagi. Chodzi z nią za rękę, a w drugiej ręce bądź w buzi trzyma fajkę. Pali w łazience, a za chwilę wchodzi tam z młodą by w odymione ręczniki wytrzeć jej buzię. Niby wychodzi na fajkę na zewnątrz (tylko w czasie pobytu młodej, tak to kopci w domu), ale jak czegoś zapomni z kuchni to wraca się z fajką, pokręci się i wychodzi. A my gadamy. I możemy mu zwracać uwagę do usranej śmierci.

Inny przykład niereformowalności:

Przychodzi teść z młodą do pokoju gdzie ja z teściową rozmawiamy.

Teść – Dalej, bij babcię! Zrób jej biju biju.

Ja wraz z moim facetem od razu stanowczo reagujemy w kierunku teścia: - Nie. Nie wolno bić. Bicie boli i jest niemiłe. Nie wolno mówić dziecku, że ma kogoś bić!

Teść – E tam. Bij babcie, babcia jest niegrzeczna!

!!! I gadaj zdrów!

 

Jest jednak punkt najgorszy. Picie. Teść nie popija, tylko pije. Piwa. Może nic nie jeść, byle pić. Popołudniu, wieczorami wymyka się na fajkę do garażu, ma tam ukryte piwa, opróżnia jedno duszkiem, wraca. Za jakiś czas idzie na następne. Nie wiem ile tak wypija. Ale pije, bo jak wraca to czuję alkohol. I zdarzyło mi się przypadkiem znaleźć ukryte piwo w gazetkach małej, które były w kartonie w garażu. Przymykałam na to oko. Jednak ostatnio zawoziłam do nich małą w odwiedziny, a sama wracałam popracować do domu. Godzina ok 12. Podjechałam, zaczęłam się wyciągać z auta, wyjęłam córę i wtedy podszedł teść. Wyciągnął ręce i powiedział, że on zajmie się małą. I poczułam. Odór alkoholu. Zatkało mnie, a on zabrał mi dziecko z rąk. Stałam jak wryta. Pierdolnął mnie grom z jasnego nieba i ocknęłam się. Oddałam dziecko w ręce pijanego człowieka. Nie zataczał się. Szedł prosto i stabilnie. Ale kurwa mać był pod wpływem alkoholu! Nie przytulałam się do niego, a wyczułam smród, więc to nie były 2 łyki! I ją zabrał i miał się nią opiekować! Poszłam pogadać z moim facetem, że zabieram małą do domu, bo teść jest napity. Uspokoił mnie, że on też będzie się zajmował córą i zaraz przyjedzie teściowa. ALE.

No właśnie… Co mam zrobić?

Nie chcę zaczynać wojny. Znacie fochy mojego faceta. Teść wali fochy dużo większe i częściej, z byle bzdury. Tak, wiem. Bezpieczeństwo dziecka najważniejsze. Nie chcę oddawać dziecka w ręce podpitej osoby. Chcę wysłać mojego faceta na rozmowę z ojcem. Przypuszczamy jednak, ba, jesteśmy pewni,  że nie przyniesie to rezultatu jak w powyższych przypadkach. Gdy zabronię jeździć małej do teściów ucierpi na tym teściowa, ta brzydzi się alkoholem. Ręce opadają.

Jedno jest pewne. Gdy tam zamieszkam, teść przyjdzie do nas po córkę, ja wyczuję od niego alkohol, to przysięgam – nawrzucam mu i trzasnę drzwiami przed nosem. I nigdy już nie będę musiała go oglądać.



Obok domu stoi budynek gospodarczy (i stara szopa i stary drewniany kibel). Budynek gospodarczy jest podpiwniczony i ma strych. Wszystko zawalone śmieciami i kolejną porcją starych mebli. Znajdzie się tam nawet silnik i dwie przedwojenne lodówki. I jaki mamy pomysł na ten gospodarczy? Oczywiście przerobić go na garaż. Aby powstał garaż, trzeba zasypać piwnicę, by auto nie wpadło do środka. Opowiedzieliśmy o tym teściom i teściowa stwierdziła, że… jesteśmy marniszami. Gdyż piwnica nam się przyda.

- Do czego? – pytam

- Pradziadek trzymał tam ziemniaki na zimę! Przecież można zamówić i kupić warzywa, zakopać je tam w piasku i całą zimę jeść – dostałam odpowiedź.

Zaraz potem dostałam przed zawał.

Tak. Będę kupować ziemniaki (a może by tak je i uprawiać w ilości hurtowej??) na jesień i trzymać w ziemiance, bo nie dam rady kupić świeżych w dzisiejszych czasach. Mam żreć stare pomarszczone pyry całą zimę. A auto niech stoi i się zasypuje śniegiem. A drugie niech stoi najlepiej na ciasnej ulicy, będzie mniejszy kłopot z wyjechaniem. Przecież po pracy będę mogła lecieć do garażu, przebić się do piwnicy, grzebać w piachu i ugotować pierwszej jakości smaczne ziemniaki. A wyższe pomieszczenia powinnam zostawić na graty. Na stare zabawki, aby piąte pokolenie mogło się nimi bawić. U nich na strychu teściowa wygrzebała nocnik i nakładkę na kibel po moim facecie. Umyła i proszę bardzo – funkiel nówka w sam raz dla mojego dziecka! Bo dawanie młodej zabawek po teściowej to już norma. Łyse, stare, wybrakowane lalki, wyliniałe misie nadal się przecież nadają do przytulenia.

Więc tłumaczę teściowej to co wyżej w delikatnej wersji. Źle. Marnisz. Bo możemy postawić garaż od podstaw, a jak mamy piwnicę pod gospodarczym to się przecież przyda. Na śmieci. Wystarczy, że sięgnę do mojej magicznej kieszeni, w której mam maszynkę do pieniędzy i wydrukuję 50 tyś na nowy garaż. Projekt sobie sama przecież narysuję. Koszty żadne :) A nowy garaż sobie chyba wybuduję na łbie.

Póki co temat garażu ucichł. Ruszy na wiosnę. Prognozuję kolejną falę dobrych rad.

Tagi: remont
11:36, mjwb
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 listopada 2012

Tak coś mi się to wydawało podejrzane. Że za bardzo lubię teściów. I proszę, zaczynają mi grać na nerwach...

Słowem wstępu: remontujemy stary dom. Mój facet dostał po babci (od strony mamy) pół bliźniaka z działką, a jego matka drugie pół. Wieki nikt tam nic nie robił. NIC. Chcemy tam mieszkać, bo na działkę i nowy dom nas nie stać. Moja rodzina ma wkładać w remont, bo jego nie ma co włożyć. Poza tym, w związku że działka i 'dom' jest z ich strony, to my zobowiązujemy się zrobić remont. Pomijam fakt, że do czegokolwiek nadają się tylko ściany, bo wszystko inne jest stare, gówniane i się sypie w oczach. Sama działka jest zaraz przy czynnych torach, a nie przy wodospadzie Niagara. Koszty remontu przewyższą wartość działki i budynków przynajmniej dwukrotnie. Mimo to teściowa zaczyna się zachowywać, jakby ofiarowała nam pałac ze złota, a my zamiast od razu się wprowadzić, to wielce remontujemy. Mam wrażenie, że przeszkadza jej, że dom nie będzie wyglądał tak jak za czasów jej dzieciństwa. I zaczyna mnie to już ostro wkurwiać....

Sytuacja 1:

Sprzątanie domu i wkoło domu. Pierwszego dnia ja i mój facet wyrwaliśmy 1,5 metrowe chwasty i krzaki wkoło domu, aby ekipa remontowa miała miejsce na postawienie stopy. Naoraliśmy się jak dziki. Nie zostało to pochwalone, tylko spotkało się z opinią, że lepiej byśmy na tym wyszli, jakbyśmy sprzątali tam pomału co weekend. Drugiego dnia zabraliśmy się za wynoszenie gratów. NIC tam nie było ruszone od śmierci babci. Także z kumplami mojego faceta wynosiliśmy wszystko i paliliśmy na ognisku. Stare łóżka wypełnione zapleśniałą trzciną, meble, które sypały się w rękach, ubrania przeżarte przez mole i tony tony śmieci. I tak sobie to jaraliśmy cały dzień, bo nie miałam zamiaru tego wykorzystać, a nie jestem chomikiem, który zbiera PRZYDASIE. Pod koniec dnia przybyła na to teściowa. Zobaczywszy stertę połamanych mebli nazwała nas marniszami. Bo marnujemy drewno z "dobrych dębowych mebli, a ludzie na świecie nie mają czym palić w piecu". Powinniśmy złożyć je na boku, a później zawieźć do potrzebujących, albo do domu teściów. Teściowa zabrała się za wygrzebywanie starych talerzy (które użyje jako podstawki pod kwiaty), szklanek (każda z innej parafii) i innych równie (bez)użytecznych śmieci. Stwierdziłam, że ok, odkładamy, a jak ktoś chce, to niech bierze, bo nie mam zamiaru ja tego ładować i wozić i dokładać do paliwa, aby komuś było w dupę ciepło. I drewno leży. Leży po dziś dzień, gnije i graci, bo teściowi, który mieszka ulicę dalej, pracuje co 2 dzień nie chce się tego zabrać.

Ja nie bronię im nic stamtąd brać, jeśli coś im się przyda. Ale nie znoszę śmieci! Nie znoszę przydasi! Nie znoszę gracenia! Nie znoszę przenoszenia śmieci z kąta w kąt. I mówię i trąbię i tłumaczę, że to my tam będziemy mieszkali i chcemy po swojemu, porządnie, porządek i nic.

Ręce mi opadają. Zaraz zacznę siwieć...

A to dopiero początek relacji z remontu. Niebawem będą kolejne przykłady.

piątek, 09 listopada 2012

Zawsze byłam zdania, że pomysłowość dziecka nie zna granic. Do czasu aż nie zaskoczyła mnie opowieść teściowej z pobytu w piekarni z moim dzieciem. Opowiada:

"Pojechałyśmy z małą do piekarni. Ale jej się podobało, bo ona lubi jeździć do piekarni. Więc jej mówię na uszko 'choć, coś ukradniemy, może ukradniemy sobie bułkę'. Znam tą panią w piekarni, więc tak na prawdę nic nie ukradłyśmy, bo do pani mrugnęłam okiem i zapłaciłam. Ale mała się zaciekawiła, więc mówię do niej 'choć ukradniemy tą bułę, schowamy do kieszeni i uciekniemy i zjesz!'. To zapłaciłam pani i poszłyśmy do auta do dziadka i mała się chwaliła dziadkowi, że ukradła bułkę :DDD"

 

...

milczę...

Teściowa zacieszona.

!!?!?!?!?!?!

I jeszcze raz !!!!!!!!!!!! AAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!

Trzymajcie mnie!!!!!

Zapowietrzyłam się na dobre 5 minut!!!

Resztką dechu wychrypiłam moje niedowierzanie słowami: "Ale ona teraz będzie mi w sklepach kraść. W kieszenie powkłada cukierki, bo będzie myślała, że to fajne i dobre".

Teściowa zaskoczyła. Złapała się za głowę...

Ehhh... Ja rozumiem, że młoda czasem mniej je i śmiejemy się, aby podkradała mi z talerza i choć kawałek mięsa zjadła. Ale na LITOŚĆ BOSKĄ! Myśleć kurwa, ludzie myśleć!

Dorosły ponad 50-letni człowiek, ciężko pracujący na każdy grosz, skromny, uczciwy, oszczędny, dobry namawia małe dziecko do kradzieży dla frajdy!? Jak można wpaść na taki pomysł? JAK?

czwartek, 01 listopada 2012

Mówiąc 'nigdzie' mam na myśli "do teściów". By spędzić u nich weekend wraz ze swoim ojcem. By matka mogła iść się odchamić do pubu. Tzn. popracować trochę...

Biję się młotem w pierś, że NIGDY nie powiedziałam jej złego słowa o teściach czy ojcu. Ani malutkiego podtekstu. Ani niczego co mogło by ją zniechęcić. Nic. Ale nadal słyszę "bez Ciebie nie jadę. Z Tobą chcem. Nie chcem jechać". I bek. Trochę wyaktorzony, ale jednak. Cuduję: daję suszone grzyby, lalki, miśki, cuksy, gwiazdy, księżyc, Jowisza zsyłam na ziemię. Nie. "Z TOBOM".

No to pojechałam dwa tygodnie temu. Żeby dziadki się nacieszyły wnuczką. Frajerka...

Odpoczęłam jak chuj w burdelu. Mimo że mała przyjechała do dziadków i ojca, to to co 'najciekawsze' zostało na mojej głowie, czyli szykowanie jedzenia, karmienie, przewijanie, ubieranie, usypianie i zajmowanie czasu, kiedy innym się lala nudzi po 30 minutach. No dobra, na dziadków to jeszcze mogę przymknąć oko. Ale przecież jest tata? Oczywiście jest obok. Ale się obraził na świat, gdyż rano o 10:30 śmiałam zadzwonić w czasie celebracji jego kawy, aby powiedzieć, że wstałyśmy, zjadłyśmy, zrobiłyśmy pranie, jesteśmy spakowane i możemy przyjechać. Następnie pogrzebałam się żywcem, bo przerwałam mu modlitwę nad śniadaniem i grą na kurniku o 11.30. Tak - odechciało mi się tam jechać, ale błagalny ton teściowej mnie złamał. Dzięki swojemu miękkiemu sercu zajmowałam się cały weekend córą, która też ma przecież ojca. Ojca, który popołudniu strzelił kulminacyjnego focha, gdyż "nikt z nim (obrażonym i siedzącym cały dzień przed kompem) nie uzgodnił, że ja matka zostaję u nich niespodziewanie na noc". On przez to musiał zmienić plany! Nie mógł się spotkać z kolegami na 3 godziny gry w szachy! Klękajcie narody! Takie plany szlag trafił - cóż za tragedia!

 

Ja: Ojcze, ale ja nie zostaję tu dla swojej przyjemności. Widzisz, że mała nie chce mnie puścić. Albo jadę do domu, ona ze mną i Twoi rodzice są smutni, albo zostaję, ona ze mną i Twoi są zadowoleni.

On: Nikt tego ze mną nie uzgadniał!

Ja: Jak można było to z Tobą uzgodnić, jak siedzisz z fochem i się nie interesujesz, ani nie oddzywasz?

On: To trzeba było to ze mną uzgodnić. Musiałem odwołać wszystkich.

Ja: A kto Ci kazał odwołać wszystkich? I tak siedzisz przed kompem i nic nie robisz. Równie dobrze możesz wyjść. Ja też musiałam odmówić kumpelę i moje wyjście, bo tu siedzę.

On: To, że Ty masz swoje planu w dupie, to nie znaczy, że ja mam moje. Zresztą kto to widział, żeby 2,5 latkę pytać o zgodę czy może się jechać?

Ja: Nie chcę się wymykać i zostawiać małej. Chcesz jechać o 23 na sygnale 30 km z nią do mnie?

On: nikt nic ze mną nie ustala!

 

I jak tu gadać, jak się zaciął... Mało tego. Dom teściów liczy 3 łóżka. Osób było 6. Z wyliczeń wynika, że na jedno łóżko powinny wejść 2 osoby. W związku z tym mój pan sobie wymyślił, że on jako ósmy cud świata chce spać sam. I nie obchodzi go, że ja, czy jego siostra podzielimy leżankę z psem. Wyrażał chęć spania z dzieciem, które by pewnie zadusił wiercąc się i kręcąc. I znów ja, frajerka naczelna łaziłam, rozluźniałam atmosferę, by ratować spokojny sen małej. Udało mi się wygłaskać wybujałe męskie ego na tyle, że pozwolił mi łaskawie spocząć na noc u swego boku. Na złożonym kocu zamiast poduszki, bo on nie zainteresował się jakie mam warunki do spania. Niby się pogodziliśmy.

Nie. To nie koniec. Bo przecież jest kolejny dzień. Ranek. Budzimy się razem. Gadamy normalnie. Ojciec wstaje pierwszy i idzie do kuchni. Wraca. Zasiada do partyjki szachów na kurniku.

Ja: Co masz w kubku?

On: Kawę.

Ja (od wieków świat wie, że rano zawsze piję kawę): Ooo. A mi zrobiłeś?

On: Nie.

Ja (z gulem w gardle): Dlaczego?

On: Nic nie mówiłaś. (zdziwiony) To mam Ci teraz robić?!

Ja (już to widzę, jak przerywa grę i mi robi..): Nie, dzięki, sama sobie zrobię (zresztą jak wszystkie inne posiłki czy napoje u niego).

Kierunek łazienka. Ryk. Kurwa. Frajerka no. Wróciłam, powiedziałam co myślałam i foch. Mój? Niiiieeee. Pana świata :) Swoją drogą foch mojego faceta ma nieziemską moc - daje prawo do olewania wszelkich obowiązków w tym głównie tych przy dziecku. Minął cały dzień, zabrałam dziecia i uciekłam stamtąd jak z procy. Nie było o czym gadać z trepem, zamykającym się w swoim pokoju, aby mógł sobie poklikać i się obrażać. Nie wróciłam też do miasta w którym razem mieszkamy. Zostałam w domu rodzinnym. Kij mu w oko, kotwica w placy. Niech się udławi swoimi humorkami.

Wieczorem dostałam smsa, że mu pusto i smutno beze mnie. Że kocha i tęskni.

Kolejnego dnia dziwił, że nie odpisałam.

Jak można było odpisać na tak durny żart?

Jak można się później dziwić, że córka nie chce zostać z tatą u teściów?

Jak można mówić, że to pewnie ja ustawiam małą przeciwko nim?

 

PS. Niby w tygodniu się pogodziliśmy, jednak bez udziału słowa 'przepraszam'. Obiecanki-sranki i tym podobne. Jutro zawożę małą do teściów. Mówi, że zostanie z tatą. Jak zmieni zdanie, to nie mam zamiaru zostać. Najwyżej po 5 minutach wróci ze mną.

poniedziałek, 12 marca 2012

Mam w najbliższej rodzinie pewną ciężarną w 6 miesiącu. Ciężarna ta z powodu nudy (i z powodu ciąży, gdyż w związku z tym "nie może" robić niczego innego poza byciem inkubatorem, mimo że zdrowa jest jak koń) zajęła się szyciem i sporo czasu poświęca na szpuranie w necie w poszukiwaniu wzorów misi, słoni i wszelkich króliczków i je wykonuje. Jak wiadomo - mam dziecia. Dzieć bardzo lubi wszystkie przytulanki, przytula je, nosi, śpi z nimi itd. Za każdym razem jak jadę do ciężarnej cioci (dość często) gdzieś leżą owe miśki (ciocia "nie ma sił" na sprzątanie) i oczywiście małe od razu je zauważa i chce tulić. Reakcja dziecia - poprawna. A reakcja cioci? "Nie wolno! Bo to misiu\królik\słoń" dla dzidzi w brzuszku!". Córa w ryk, ciocia próbuje tłumaczyć dlaczego nie wolno, ja próbuję wytłumaczyć cioci, że mała nie zje przytulani i tak w kółko... Czasem moje małe ma pozwolenie na potrzymanie pluszaka w rękach pod nadzorem bądź z tekstem "ale oddasz mi to za chwilkę", jednak zazwyczaj akcja kończy się chowaniem zabawki kiedy ja odwracam uwagę dziecia. Mimo, że sama się z tym nie zgadzam - no ale cóż... przecież nie będę się z ciotką szarpać. Takie zachowanie tyczy się nawet innych zabawek - ostatnio moje małe nie mogło dotknąć misia Bebilon, jakby było trędowate...

Często mi przykro, że ciotka zachowuje się jak hmmm... nawiedzona. Mała nie potrafi zniszczyć maskotki z premedytacją. I wkurzam się, że ciotka ma problem zrobić podobną maskotkę dla mojej córy, a swojej chrześnicy (słonia robi już 4 tydzień, a w międzyczasie dla swojego przyszłego dziecia zrobiła 4 kolejne...). Tak, ciotka jest na dodatek chrzestną, a wydawało mi się zawsze, że to do czegoś zobowiązuje*? Ubzdurałam sobie widocznie...

A może zwyczajnie świruję i uważam swoje dziecko za pępek świata?!

*nie mam tu na myśli częstych\drogich prezentów, tylko jakieś miłe gesty.

 
1 , 2 , 3